Walki pod Moczydłem

Wprawdzie Rzeczpospolita Partyzancka już od trzech tygodni nie istniała, jednak jednostki 106 Dywizji Piechoty Armii Krajowej mjr Tysiąca, pokrzepione licznymi wygranymi walkami z okupantem dalej jawnie walczyły z Niemcami. Poniżej prezentujemy relację Jerzego Michalika ps. "Beton" z potyczki pod Moczydłem (wieś. obecnie w województwie małopolskim, powiat miechowski, gmina Książ Wielki), która gdyby nie Rzeczpospolita Partyzancka 1944 raczej nie rozegrałaby się.



Pod tekstem znajduje się odnośnik do pliku PDF z zeskanowanym maszynopisem tej relacji.

Zapraszam do lektury (materiał do publikacji przygotowała p. Halina Kulesza - dziękuję):

red.   
 


Ja, Jerzy Michalik ps. "Beton" służąc w SBSz "Suszarnia" 106 DP AK w 1 kompanii pod dowództwem por. sł. st. "Grota" Józefa Gargasza stwierdzam co następuje:

W dniu 30 lub 31 sierpnia 1944 r. około godziny 6 rano, przyprowadziłem patrol z terenu zgodnie z zasadami służby w lesie po złożeniu raportu o wykonaniu zadań na patrolu zastępcy dowódcy kompanii ppor. "Olgierdowi" Józefowi Malarze. Cały patrol w liczbie 1+5 po śniadaniu został zwolniony ze służby i zajęć przedpołudniowych - poszliśmy spać. Skład patrolu: pchr. "Beton" dowódca, sierż. "Belg" NN celowniczy erkaem. Strzelcy: "Jastrząb" Józef Biermański, "Luii" Louis Testa, "Peterson" NN (Szwed), "Zielony" Karol Wojnarowski.

Około godziny 11.30 wyszedłem z szałasu, gdyż dokuczliwe gorąco utrudniało odpoczynek i czułem się wypoczęty. Po chwili zauważyłem, że z dołu od strony mp Sztabu 106 i Batalionu nadbiegał zziajany żołnierz, przebiegł koło prowizorycznego zadaszenia dla koni i przebiegając koło mnie zapytał - "gdzie dowódca pierwszej kompanii" - pokazałem mu szałas por. "Grota" i patrzyłem za nim. Rejon kompanii był zupełnie pusty. Kompania była na ćwiczeniach i ubezpieczeniach, jedynie w rejonie kuchni był kucharz kpr. "Lis" i prawdopodobnie st. strz. "Ryś" oraz kilku b. żołnierzy radzieckich i dwóch Żydów, którzy przygotowywali obiad. Szedłem do kuchni aby się coś napić gdy z szałasu dowódcy wybiegł por. "Grot" i krzyknął "Obsługi kaemów do mnie". Natychmiast biegiem wpadłem do szałasu, obudziłem sierż "Belga" porwaliśmy erkaem "Bren" i amunicję w torbach i pobiegliśmy się meldować "Grotowi". Porucznik wysłał gdzieś żołnierza z posterunku alarmowego a nam z "Belgiem" dał rozkaz aby meldować się w sztabie. Pobiegliśmy razem z łącznikiem, który zaalarmował "Grota" i teraz był naszym przewodnikiem. Gdy dobiegliśmy w rejon sztabu na drodze stały trzy motory z przyczepami, kręciło się sporo osób w większości oficerów. Ktoś krzyknął do mnie czy mam dość amunicji. Nie czekając na odpowiedź pokazano mi skrzynkę w której było pełno paczek amunicji do "Brena", miałem pełne torby amunicji luzem i cztery magazynki załadowane (około 1200 szt., jednak z "Belgiem" ładowaliśmy paczki amunicji pod mundur za koszulę). Ktoś krzyczał aby siadać na motor. Na drugim zapuszczonym motorze siedział jako kierowca kapral "Szofer" Józef Bochenek z naszego plutonu, który machał do mnie ręką - skoczyłem na siodełko z tyłu, a sierż. "Belg" do przyczepy. Na motorze przed nami siedział na tylnym siedzeniu ppor. "Jaksa" Wojciech Majewski a na przyczepie dwóch żołnierzy z kaemem. "Jaksa" śmiał się, coś krzyczał i machał ręką do oficerów stojących koło motorów a następnie podniósł rękę do góry i opuścił ją - dał rozkaz jazdy.

Po chwili na pełnym gazie przelatywaliśmy przez rejon naszej kompanii, gdzie już na zbiórce alarmowej stały plutony ściągnięte z ćwiczeń.

Z lasu wyjechaliśmy przez naszą czujkę nad Wolą Knyszyńską, zjechaliśmy w dół i lecieliśmy przez otwarty teren w kierunku spalonego dworku, z którego bił jeszcze bardzo mocny swąd spalenizny. Nad nami od pierwszej chwili latały Storhy, które strzelały do nas, kurzenie po ziemi i odgłos serii urywany i krótki poprzez warkot silników był wyraźnie słyszalny. Przelecieliśmy koło spalonego folwarku, wpadliśmy w las. Warkot samolotów się oddalił. Po chwili jazdy wynurzyliśmy się z lasu i wpadliśmy na otwarty teren, gdzie znowu zaczęły nam dokuczać samoloty. Patrzyłem tylko na pierwszy motor i na plecy porucznika "Jaksy", który co chwilę odwracał się i machał wesoło ręką. Jechaliśmy bardzo szybko. Po jakimś czasie wjechaliśmy ponownie w las - był to las stary z poszyciem. W pewnym momencie po prawej stronie w jak gdyby takim małym parowie tuż przy drodze, po której jechaliśmy, zauważyłem mężczyznę w białym kitlu, na którym było widać ślady krwi jak stał z maleńkim pistoletem w ręku, w głębi było słychać krzyki i płacz kobiet oraz stała zaryta jak gdyby w parów silnikiem ciężarówka w kolorze żółtym z olbrzymimi znakami czerwonego krzyża (ambulans). Wyraźnie pamiętam, że powyższe skomentowałem sobie jako bohaterstwo lekarza, który z zabawką w ręku wyskoczył bronić rannych i kobiet. Byłem przekonany i święcie w to dzisiaj wierzę, że lekarz (czy też sanitariusz) słysząc motory ryczące po lesie nie mógł wiedzieć, że to pomoc lecz Niemcy.

Po dłuższej chwili jazdy przez wysokopienny las, dojechaliśmy do jego skraja, gdzie rozładowaliśmy się i na rozkaz zajęliśmy stanowiska na jego lizjerze w odległości jeden od drugiego około 50 do 70 metrów. Motory natychmiast odjechały - dzisiaj dokładnie nie pamiętam, ale chyba po chwili przyjechały następne trzy obsługi kaemów i zajęły stanowiska na lewo od nas. Czy powtórzyło się to trzeci raz nie wiem ale jest to prawdopodobne, gdyż odległości między stanowiskami były duże i porucznik "Jaksa", który bez przerwy nas instruował i kontrolował odszedł od mojego stanowiska z "Belgiem" (zajmowaliśmy pierwsze stanowisko na prawym skrzydle) i dość długo go nie było, sprawdził wszystko a potem wrócił i był przy nas, gdyż z tej strony musieliśmy uważać na przedpole i las z tyłu i po prawej. Przed nami było równe rżysko na końcu, którego w odległości około 400 m były kępy rzadko rosnących drzew bez poszycia. W pewnej chwili por. "Jaksa", który lornetował przedpole zwrócił na coś uwagę i pokazał nam ręką. Po chwili uważnie wpatrując się w tamtym kierunku wprost na prawo, zauważyłem gołym okiem przesuwające się budy samochodów (szoferki). Nie wiem nigdy tam nie byłem, ani w tamtym czasie ani do tej pory. Sądzę, że albo biegła tam szosa, która była nieco niżej położona niż pola, albo też lekkie nierówności płaskiego terenu uniemożliwiało obserwację całych samochodów. Raczej szosa. Budy samochodów zatrzymały się i po jakimś czasie zaczęły się pojawiać długie szeregi wojska przechodzące z prawej na lewo w kierunku wspomnianych drzew. Było ich bardzo dużo, zajęli przestrzeń około kilometra lub więcej w gęstej tyralierze. W pewnym momencie zniknęli albo się położyli lub usiedli na ziemi. W prześwicie drzew bardzo wyraźnie było widać kilka stojących postaci. Porucznik "Jaksa" patrzył przez lornetkę i w pewnym momencie czy wyczuł, że bardzo bym chciał coś lepiej zobaczyć czy też zniecierpliwiło go jak pytałem "co jest panie poruczniku" gdyż dał mi lornetkę, nim ją dostroiłem i zobaczyłem wyraźnie kilkanaście stojących i lornetujących nasz las osób por. "Jaksa" wyrwał mi lornetkę gdyż sznur tyralier, który zniknął przed chwilą podniósł się i powoli szedł na las. Porucznik "Jaksa" stał za drzewem, pod którym my z "Belgiem" zajmowaliśmy stanowisko zasygnalizował uwaga dał nam rozkaz "celownik 300" i pobiegł do następnych obsług, po chwili wrócił. Niemcy szli nie spiesząc się i nie otwierając ognia. Wyraźnie było widać jak ciągnęli po rżysku cekaemy i taszczyli skrzynki z amunicją. Porucznik "Jaksa" klęczał za nami i mówił "czekajcie sk...". Dał rozkaz. Uwaga! i Ognia! Otworzyliśmy ogień z "Belgiem" i natychmiast pozostałe kaemy. Nasz ogień był bardzo silny. Las odpowiadał łoskotem echa. Cele zniknęły natychmiast. Niemcy odpowiedzieli ogniem na całej długiej linii tyraliery. Ogień ten nie zrobił na nas żadnego wrażenia. Spadające igliwie, szyszki, gałązki i liście świadczyły, że górują. Gdy znikły cele przerwaliśmy natychmiast ogień. Teraz patrzyłem na "Jaksę" klęczał za drzewem, śmiał się i chyba mówił - dobrze!, ale go nie słyszałem.

Niemcy przerwali ogień. Uzupełnialiśmy amunicję do magazynków (wystrzelaliśmy dwa magazyny, około 64 szt. amunicji). Na przedpolu nic się nie działo, por. "Jaksa" stał za drzewem, po chwili powiedział "spierdalają" i faktycznie leżąc zauważyliśmy coraz liczniejsze grupy Niemców jak się podnosili, przebiegali i znikali, a już w dużej odległości podnieśli się i zwijali tyraliery.

Zapanowała cisza. Mogła być godzi 14.00 może nieco wcześniej, może później. Około godz. 15-16 za naszymi plecami z lewej na prawo (kierunek gajówka Tomków) przeszedł oddziałek około 25-30 ludzi od Skały. Mieli pozawijane rękawy u koszuli i mundurów. Na lewym ramieniu kolorowymi nitkami (czerwonymi) mieli coś wyhaftowane. Nie wyglądali na zbytnio zmaltretowanych. Rozmawialiśmy, mówili "dobrze chłopaki, trzymać się" Uzbrojenie mieli raczej liche.

Około godz. 17 zrobił się z lewej strony w głębi lasu jakiś ruch, słychać było głosy, śmiechy. Porucznika "Jaksy" już przy nas nie było, zlecił mi obserwację terenu i odszedł. Po jakimś czasie koło godz. 18 przyszedł łącznik i ściągnął nas ze stanowiska. Schodząc i łącząc do oddziału spotkaliśmy całą naszą pierwszą kompanię i chyba inne kompanie też były bo było dużo ludzi. W lesie zapadł mrok. Pomaszerowaliśmy z powrotem przez las. Koło folwarku Knyszyn byliśmy około godz. 22-23 w nocy. Do lasu na wysokości czujki knyszyńskiej, gdy dochodziliśmy szedłem na czele razem z Jurkiem Kłosem "Kłos". Odwrócił się do tyłu i mówi "noszę tą francowatą flaszkę zapalającą i nie wiem czy ona się kiedy zapali jak ją rzucę?" - ktoś z tyłu powiedział: "to ją rzuć i sprawdź" - był to chyba głos por. "Grota". Jurek Kłos na kilka kroków przed czujką (już po rozpoznaniu) powiedział do wartowników, aby odeszli na bok i rzucił butelką w pień olbrzymiego drzewa. Butelka roztrzaskała się i zapłonęła jasnym, oślepiającym ogniem. Wydaliśmy okrzyk zadowolenia - "jednak się pali, dobra jest!". Weszliśmy do lasu. W rejonie kompanii czekano na nasz z obiadem i kolacją.

Dlaczego podaję tyle nieistotnych danych?

Może dlatego, że któryś szczegół przypomni kolegom ten dzień.

Uwagi dodatkowe: nasza kompania (na pewno) czy inne nie wiem przechodziła tyralierą w kierunku wsi Trzonowa na las - jest to pewne wspominają liczni koledzy, nie łącząc z uwalnianiem batalionu Skała. Wspominają upalny dzień i latające samoloty, oraz późno w nocy obiad i kolację.

Po wojnie na ten temat rozmawiałem z majorem Wojciechem Majewski-Jaksą, który pamiętał tę walkę i uzupełnił w trakcie rozmowy następującymi uwagami:

  1. Do sztabu 106 DP i "Suszarni", gdzie w tym czasie znajdował się "Jaksa" przybył łącznik od kpt. "Skały" z prośbą o pomoc. Decyzja naszego dowództwa była natychmiastowa a przebieg jak wyżej.
  2. Potwierdził, że motory były trzy z przyczepami, twierdził że obsług kaemów było dziewięć albo osiem. W pierwszym rzucie jechały jego dwie obsługi i jedna z pierwszej kompanii tz. pchr. "Beton" i st. sierż. "Belg" Maxwell N.
  3. Dodał w trakcie rozmowy, że z prawej na lizjerze lasu pod Moczydłami poza naszą linią nie było nikogo!, że ubezpieczył tamte strony w głębi lasu. Ja tego nie pamiętam, albo uszło to mojej uwadze w tamtym czasie.
  4. Napisał o tej "robocie" we własnej relacji.
  5. Pytałem go naturalnie do kogo mówił "czekajcie sk..." czy do nas abyśmy nie spaprali roboty zbyt wczesnym strzałem, czy do Niemców. "Jaksa" śmiejąc się wyjaśnił, że do Niemców, gdyż ogień chciał otworzyć wcześnie, gdyż obawia się, że tak szeroka tyraliera podpuszczona blisko zasypie nas ogniem i oskrzydli.
  6. Mówił. Że po walce rozmawiał ze "Skałą", który mu dziękował, ponieważ ze swymi bardzo słabo uzbrojonymi ludźmi, gdyby Niemcy weszli w las nie miał najmniejszej szansy.
  7. Dziwił się, że "Ponar" mało punktuje tą pomoc, nie jest pewny, ale uważał, że "Ponar" był przy rozmowie ze "Skałą".
  8. O mitach rozsiewanych przez "Skałowców" po wojnie wyrażał się żartem, że bujają? Walki batalionu Skała nie pamięta (ja też nie, bo jej nie było pod Moczydłami tylko pod Sadkami Niemcy zaskoczyli im czujkę i wystrzelali stąd rozkaz naszego dowódcy 106 DP, nie chodzić w niemieckich mundurach lub wyraźnie je znakować!).
  9. Wysadzanie samochodu Czerwonego krzyża, który zaminowali i wysadzili, gdy podeszli Niemcy to czysta fantazja (mowa o wspomnianym przeze mnie samochodzie). Samochód został zniszczony przez "Skałowców" na drugi dzień, gdyż go nie potrafili wyprowadzić z tego jaru gdzie stał. Potwierdzam to z całą stanowczością, gdyż byłem osobiście w batalionie Skała na drugi dzień (ja tzn. Jerzy Michalik) miałem tam kolegów z Krakowa z Kedywu. Według mnie, batalion "Skała" jak pamiętam z tamtego czasu miał trzy plutony bardzo nieliczne do 30 ludzi jako tako uzbrojone. Były to plutony "Błyskawica", "Grom" i "Huragan", pozostałe to "cywil-banda" bez uzbrojenia i bez umundurowania. Dużo kobiet! Batalion obarczony "babami" i licznym taborem z piernatami (dosłownie) wyglądał trochę na tabor cygański, Uważanie batalionu Skała jako wyborowy oddział krakowskiego Kedywu to mit. Faktem jest, że oddziały "Błyskawica" i "Grom" były pierwszymi oddziałami partyzanckimi z Żelbet. Miały za zadanie przechowania ludzi spalonych - z różnych powodów nie z walki bezpośredniej np. uciekinierów z KL, spalonych granatowych i tp. - posiadam na to liczne dowody - patrz oddział "Skok" - Kompanie batalionu "Skała" przyjęły nazwy od trzech wymienionych wyżej oddziałów partyzanckich.

Sprawy powojenne - kilka lat temu w moim mieszkaniu w obecności majora Stanisława Musiałka ps. "Rafał" przeprowadziłem rozmowę z majorem Ryszardem Nuszkiewiczem ps. "Powolny" oraz podporucznikiem "Bunko" Włodzimierzem Rozmusem. Ten ostatni jest wraz z p. Basterem głównym mitomanem b. bataliony "Skała" Po ostrej wymianie zdań, w których udowodniłem nasz udział - jedyny w walce pod Moczydłem, major "Powolny" przyznał rację, że tak było (patrz. list do Jana Latały w formie stenogramu z rozmowy).

Kilkakrotnie jeszcze na ten temat rozmawiałem ze "Skałowcami", wytykałem im małostkowość i wyolbrzymianie własnego działania oraz wręcz pomijanie właściwej siły istniejącej na terenie Inspektoratu "Maria". Major "Powolny" oddał do druku około 800-stronnicowy pamiętnikarski materiał. Jest to ładnie zbeletryzowana opowieść, w której role się zmieniają. To właśnie batalion "Skała" szedł na pomoc dla "Suszarni" itp.

Uwag na ten temat mam bardzo dużo jak również szereg zastrzeżeń, jednak rozbicie jakie panuje w naszym środowisku osłabia nas i nie pozwala skutecznie i jednoznacznie stanowczo zadziałać i opanować rozbujałe wyobraźnie, które niestety szkodzą nie tylko nam ale dobremu imieniu Armii Krajowej. Uważam, że stać nas na to aby sprawy ukrócić i wyregulować, gdyż na nasze szczęście są wśród nas nasi najwyżsi dowódcy, których autorytet jest bezsporny - lecz niestety - sprawa wraca do wyżej wspomnianych przyczyn i to samo "dookoła Wojtek".

Uwaga ostatnia - pod Moczydłami - postawa ówczesnego ppor. "Jaksy" - jego swoboda i opanowanie wprowadziło w każdym razie mówię o sobie takie samopoczucie, że falanga Niemców jaka przed nami przeparadowała nie zrobiła na mnie żadnego wrażenia ani lęku, byłem pewny, że damy sobie radę. O zdążającym naszym batalionie nic nie wiedziałem lecz nie czuliśmy się osamotnieni. Wycofanie Niemców przyjąłem jako coś zupełnie naturalnego, że tak być musiało. Nie wpadliśmy w euforię tylko czekaliśmy na jakiś drugi numer z ich strony nie sądząc, że tak łatwo zrezygnują.

Powyższe spisałem zgodnie z rzeczywistą prawdą historyczną. Uwagi odnośnie kolegów z batalionu "Skała" podałem zgodnie ze stanem faktycznym i z przykrością, że ludzie tak zasłużeni jak major "Powolny" też ulegają pokusom odchodzenia od prawdy wyolbrzymiając swoje działanie. O panach Rozmusie i Basterze nie mówię, gdyż nie ma co mówić.

archiwum B. Nieczui-Ostrowskiego - mgr Jerzy Michalik "Beton"   
źródło: Internetowy Kurier Proszowicki


skany prezentowanej relacji:

Dodaj komentarz


Kod antyspamowy
Odśwież

 

Patronaty medialne Regionalnych Obchodów 70. Rocznicy...: